Klub Książki Tolle.pl

Sztuki walki to nie tylko sport

sztuki walkiTrening sztuk walki to ćwiczenie w sobie energii magnetycznej, która ma wchłonąć drugiego takim, jakim jest. W mgnieniu oka skontroluj wrogi umysł i poprowadź go zgodnie ze swą wolą: prosto, w bok lub w dowolnym kierunku. Wejdź głęboko, tak mentalnie, jaki i fizycznie, przekształć swe ciało w prawdziwy miecz i pokonaj przeciwnika. Łączyć się muszą w jedną zespoloną siłę.
Mistrz Morihei Ueshiba, twórca sztuki aikido

Wschodnie sztuki walki to nie tylko sport. Za karate, kung fu czy aikido kryje się cały system filozoficzno-duchowy, obcy kulturze chrześcijańskiej...


Modne sztuki walki

Dominik Chmielewski zaczął trenować wschodnie sztuki walki w wieku 14 czy 15 lat, w połowie lat 80. Na początku, jako drobny, słaby chłopiec, poszukiwał sposobu, by „nie bać się na ulicy”, ale już po pierwszych treningach doszedł do wniosku, że karate może stać się dla niego całym życiem. Zaczął zgłębiać inne sztuki walki, uprawiał też aikido i jiu-jitsu, trenował u najwybitniejszych mistrzów w Polsce, nawiązał kontakt z mistrzami w Stanach. Szybko uzyskał stopień mistrzowski – 1. dan. Zamarzyło mu się wychowywanie młodzieży właśnie poprzez sztuki walki.

Zainteresowanie wschodnimi sztukami walki w Europie pojawiło się w latach 70. ub. wieku pod wpływem filmów z Bruce’em Lee, który stał się idolem dla młodego pokolenia. Ale przyczyna ich rosnącej popularności miała też charakter bardziej pragmatyczny: były nią doniesienia medialne o coraz częstszych aktach agresji. Strach spowodował poszukiwanie możliwości obrony przed agresją. „Dzisiaj napastnicy na ulicy są bardzo agresywni i bardzo brutalni, dlatego też formy samoobrony i sztuki walki, które się ćwiczy, są również bardzo agresywne. Codzienny trening to ćwiczenie wykłuwania oczu, łamania rąk, uderzania w tętnicę, skręcania karku, kopnięcia w pachwinę, bardzo bolesne dźwignie – czyli po prostu bardzo brutalna i bezwzględna walka” – opowiada Chmielewski. Taka walka wymaga jednak pewnego przygotowania psychicznego. Potrzebny jest „trening umysłowy, w którym sobie wyobrażam, jak wykłuwam oczy, łamię ręce, wyrywam genitalia. Techniki, które muszą zatrzymać agresora, powodują to, że po wielu latach takiego treningu, czy nawet po kilku latach, moja psychika ulega zmianie”. W czasie treningu ćwiczący musi jak najbardziej realistycznie wyobrazić sobie, że znajduje się na polu bitwy, otoczony przeciwnikami, których jedynym celem jest zabicie go. Taka postawa może nieść ze sobą negatywne konsekwencje dla psychiki adeptów wschodnich sztuk walki: „przyzwyczajeni” do agresji, patrzą na każdego mijanego na ulicy przechodnia jako na potencjalnego napastnika. Niektórzy nie potrafią nawet rozmawiać z ludźmi, gdyż lada chwila spodziewają się ataku.

Nie tylko sport

Wschodnie sztuki walki to nie tylko sport. Za karate, kung-fu czy aikido kryje się cały system filozoficzno-duchowy, całkowicie obcy kulturze chrześcijańskiej. W założeniu jest to dynamiczna forma medytacji. Mistrzowie Wschodu nie znają rozróżnienia pomiędzy materią a energią; według nich, wszystko istnieje dzięki przepływowi energii między jin i jang. W ciągu kilku tysięcy lat ludzie Wschodu kierowali sposoby medytacji na osiągnięcie oświecenia i znalezienie punktu równowagi, w którym nie ma różnic i przeciwieństw, a dobro i zło są dwoma stronami jednej całości. „Równocześnie zaczyna się nabywać mocy, którymi wszechświat się rządzi. Są to właśnie zdolności, które my uważamy za paranormalne, za okultystyczne – czyli moce tajemne: chodzenie po zaostrzonych nożach, kładzenie się na rozżarzonych węglach, na potłuczonych butelkach, uderzanie bardzo ostrymi narzędziami, które nie pozostawiają żadnego śladu na ciele, nieudane próby przepchnięcia jednego człowieka przez dwudziestu ludzi. Jest to coś, co wychodzi poza racjonalne myślenie. Mistrzowie potrafią skoczyć na pudełko zapałek, nie gniotąc go: jest to umiejętność zastosowania energii wewnętrznej w specyficzny sposób. Są mistrzowie, którzy potrafią przyjąć każde uderzenie na swoje ciało. Potrafią łamać przedmioty, które są pozornie nie do złamania. Otrzymują pewne moce uzdrowieńcze”. Ludzie, którzy uprawiają sztuki walki, świadomie bądź nieświadomie stają się także wyznawcami pewnej duchowości.

Mistrz Morihei Ueshiba, twórca sztuki aikido, tak tłumaczył, czym jest jego wynalazek: „Aikido, które praktykuję, ma miejsce dla każdego z ośmiu milionów bogów świata i współpracuję z nimi wszystkimi. Wzniesienie relikwiarza i świątyni nie wystarczy. Uczyń siebie samego obrazem Buddy. Wszyscy powinniśmy być przemienieni w bogów lub zwycięskich Buddów. Aikido jest religią, która religią nie jest. Doskonali ono i uzupełnia wszystkie religie. W każdej chwili i czasie musimy podążać boską ścieżką heiki”.

Prawdziwe pogaństwo

Wschodnie sztuki walki często są najpopularniejszą reklamą duchowości panteistycznych i monistycznych. Ich celem jest osiągnięcie całkowitej pewności siebie. „Twoja prawdziwa siła zależy tylko od ciebie” – mawiał mistrz karate Masutatsu Ueyama. Ojcowie pustyni mówili zaś, że zwycięstwo szatana zasadza się na naszej pysze: im bardziej zdajemy się wasobie samym doskonali, tym mocniej jesteśmy zniewoleni.

Oddawanie czci mieczom czy portretom mistrzów, obecne w rytuale związanym ze wschodnimi sztukami walki, na pewno można uznać za bałwochwalstwo, ale jeszcze groźniejsze jest ubóstwienie energii zhin. Otwarcie się na nią może powodować powstawanie u człowieka zdolności parapsychicznych, okultystycznych, typowych dla ingerencji sił demonicznych. Dominik Chmielewski opisuje, że w wyniku wschodnich medytacji, zen i jogi, które uprawiał przez dziesięć lat, doświadczał niespodziewanych napadów agresji i złości: „Wielu kolegów, z którymi trenowałem, mówiło, że na co dzień jestem bardzo spokojnym, roześmianym, wspaniałym młodym człowiekiem i kolegą, przyjacielem, ale w walce – tak jakbym się zmieniał w demona. Bali się ze mną walczyć. Mówili: »Chłopie, ty masz coś w oczach, co powoduje, że ja się ciebie boję. Ty mnie zabijesz w walce«. I oczywiście wewnątrz nic nie czułem, ale oni odczuwali to bardzo wyraźnie – jakąś moc, która na pewno nie pochodziła od Boga, mimo że codziennie się modliłem, chodziłem do kościoła i przystępowałem do sakramentów”.

„Wszystko uznałem ze względu na Chrystusa za szkodę” (Flp 3,7)

Dominik Chmielewski był katechetą, a jednocześnie fanatykiem karate. Każdą wolną chwilę spędzał na treningach, w ciągu dziewięciu lat zdobył 3. dan i został najmłodszym w kraju dyrektorem technicznym do spraw karate w Polskim Związku Sztuk Walki w Bydgoszczy. Był przekonany, że za pomocą sztuk walki będzie mógł uczyć młodzież życia. „Bardzo zależało mi na kształceniu młodych ludzi, na prowadzeniu ich przez życie”.

Tymczasem większość adeptów karate, których przyszło Chmielewskiemu kształcić, nie była bynajmniej zainteresowana samodoskonaleniem czy też kształceniem się. „Wśród tych chłopaków tak naprawdę było niewielu, którzy interesowali się czymś więcej niż techniką zabijania. Zazwyczaj chodziło o to, aby nauczyć się skutecznie bronić na ulicy, im brutalniej, im bezwzględniej, tym lepiej”. W pewnym momencie Dominik poczuł, że droga, którą obrał, prowadzi donikąd. Będąc gorliwym katolikiem, pojechał więc do Medjugorje i powierzył swoje życie Matce Bożej. Wówczas wyraźnie odczuł, że ma zostawić sztuki walki, że jego powołaniem – owszem – jest prowadzenie młodzieży, ale nie przez karate. Posłuszny wobec Maryi porzucił posadę instruktora i dyrektora w Polskim Związku Sztuk Walki, zrezygnował z próby wtajemniczenia na 4. dan, całkowicie zarzucił treningi i rozpoczął naukę w seminarium salezjańskim. Sztuki walki okazały się „nie do połączenia z duchem miłości, pokoju, łagodności, który promieniuje z Ewangelii, który promieniuje od Jezusa”.

W Dominiku umarł stary człowiek, a jednocześnie on na nowo odkrył swoje powołanie. Dziś jest księdzem. Służy w salezjańskim ośrodku wychowawczym, „jedynym w Polsce ośrodku wychowawczym bez krat, bez strażników, bez psów, bez całego systemu kontroli nad młodym człowiekiem, kontroli, która ogranicza jego wolność. Jest to dom dla chłopaków, którzy skończyliby w poprawczaku, gdyby nie nasza interwencja”.

Poza tym rozpowszechnia prawdę o możliwościach opętania poprzez praktykowanie sztuk walki: mówi o tym, że „człowiek, który zajmował się przez wiele lat energią, uznawaną przez niego za energię kosmiczną, bezosobową, jest przekonany potem, że ta energia zamienia się w jakiś byt inteligentny, od zawsze za nią ukryty. Okazuje się też, że ten byt, byt inteligentny, skontrolował już jego umysł do tego stopnia, że człowiek czuje się zniewolony przez jakąś obcą istotę, o wiele bardziej inteligentną od niego”.

Święty Piotr ostrzega: „Znaleźli się jednak fałszywi prorocy wśród ludu tak samo, jak wśród was będą fałszywi nauczyciele, którzy wprowadzą wśród was zgubne herezje. Wyprą się oni Władcy, który ich nabył, a sprowadzą na siebie rychłą zgubę. A wielu pójdzie za ich rozpustą, przez nich zaś droga prawdy będzie obrzucona bluźnierstwami” (2 P 2,1-2). Nie dajmy się zwieść naukom odciągającym nas od Boga.

milujcie

Miłujcie się! 4/2012

 

 

 

Oceń ten wpis:
Więzienie bez krat i łańcuchów
Niszczycielska moc jogi
 

Kalendarz bloga

Poczekaj chwilę, ponieważ właśnie szykujemy kalendarz dla Ciebie