Klub Książki Tolle.pl

Administrator

Jerzy Popiełuszko

jerzy popieluszkoO księdzu Jerzym Popiełuszce usłyszałem podczas pamiętnych dni po jego uprowadzeniu, gdy wszyscy wyczekiwali na wiadomość, że jednak żyje, że najgorsze się nie spełniło. W tym czasie miałem szczęście być na terenie parafii św. Stanisława Kostki, gdzie pracował znany kapelan „Solidarności” i gdzie odbywały się słynne Msze za Ojczyznę. Tego, co tam zobaczyłem, nie zapomnę do końca życia.

Czuło się wtedy szczególnie spotęgowany nastrój wiary, miłości, ducha narodowego połączonego ze sprawami Bożymi. Kiedy dziś toczą się dysputy o właściwe rozumienie i interpretowanie idei solidarności, tamten obraz staje mi w pamięci jako bezapelacyjny wzorzec cywilizacji miłości, do którego mamy prawo i obowiązek się odwoływać.



Trzydzieści osiem lat życia

Ksiądz Jerzy Popiełuszko urodził się 14 września 1947 roku na Białostocczyźnie. Był ministrantem w parafii w Suchowoli. Często służył do Mszy Świętej, zazwyczaj rano przed rozpoczęciem zajęć szkolnych. W związku z niechętnym stosunkiem władz oświatowych do Kościoła miał z tego powodu pewne kłopoty w szkole. Znaczny wpływ na jego rozwój życia religijnego miała atmosfera domu rodzinnego, miejscowi duszpasterze i klerycy z parafii oraz jego babka. Jako młody chłopak znalazł u niej wiele numerów „Rycerza Niepokalanej”, które były jego pierwszą lekturą religijną, kształtującą w nim kult św. Franciszka i ojca Maksymiliana Kolbego. Po zdobyciu matury 24 czerwca 1965 roku zgłosił się do Metropolitalnego Seminarium Duchownego w Warszawie.

W październiku 1966 roku, na początku drugiego roku studiów, alumn Jerzy Popiełuszko został wcielony do wojska. Tu pokazał siłę charakteru. Był jednym z przywódców duchowych kleryków. Nie pozwolił sobie odebrać medalika i różańca. Za niewykonanie rozkazu dowódca polecił mu stać boso na mrozie. Długo chorował. Okres służby wojskowej negatywnie wpłynął na jego słabe zdrowie. Po powrocie do seminarium musiał poddać się operacji tarczycy, leczył się na serce i inne dolegliwości. Choroby, a także kontakt z chorymi miały wpływ na jego osobowość, uwrażliwiły go na potrzeby, cierpienia i krzywdy innych.

Księdzem został w 1972 roku. Na pierwszą placówkę duszpasterską skierowano go do Ząbek koło Warszawy. Później przebywał w Aninie, a w 1978 roku trafił do parafii Dzieciątka Jezus na warszawskim Żoliborzu. Pogarszający się stan zdrowia odsuwał go od typowych obowiązków parafialnych. W 1979 roku stał się duszpasterzem warszawskiej służby zdrowia. Od 1980 roku przebywał jako rezydent w parafii św. Stanisława Kostki na Żoliborzu.

Kapelan męczeńskiej ojczyzny

W nowej placówce nie dane było księdzu Jerzemu Popiełuszce wieść cichego życia człowieka chorego. Zaczęły się przemiany sierpniowe 1980 roku. Podczas strajku w Hucie „Warszawa” robotnicy zwrócili się do kardynała Wyszyńskiego z prośbą o odprawienie dla strajkujących niedzielnej Mszy Świętej na terenie zakładu pracy. Zrządzenie Opatrzności sprawiło, że wyznaczony do tego ksiądz z najbliższej parafii św. Stanisława Kostki nie mógł pójść do huty, a w jego zastępstwie udał się tam właśnie ksiądz Jerzy. „Tego dnia, tej Mszy Świętej – wspominał później – nie zapomnę do końca życia. Szedłem z ogromną tremą. […] I wtedy przy bramie przeżyłem pierwsze zdumienie. Gęsty szpaler ludzi uśmiechniętych i spłakanych jednocześnie. I oklaski. Myślałem, że ktoś ważny idzie za mną”.

Między sierpniem 1980 a grudniem 1981 roku ksiądz Popiełuszko prowadził spotkania dla ludzi pracy, podczas których przypominał o chrześcijańskich zasadach moralnych życia społecznego, godności człowieka, prawie i kulturze. Już w październiku 1980 roku została odprawiona pierwsza słynna Msza Święta za Ojczyznę w kościele na Żoliborzu. Po 13 grudnia 1981 roku plebania przy kościele św. Stanisława Kostki zamieniła się w punkt wsparcia dla rodzin uwięzionych i internowanych. Ksiądz Popiełuszko chodził na procesy przywódców „Solidarności”. Organizował pomoc prawną, medyczną, aprowizacyjną. Najbardziej jednak był znany jako celebrans Mszy Świętych za Ojczyznę. To dzięki nim stał się kapelanem „Solidarności”. Mówił o sprawach duchowych i społecznych, o krzywdzie i niesprawiedliwości, o łamaniu praw człowieka. Mówił prosto i dobitnie prawdę o zniewoleniu człowieka. Właśnie to sprawiło, że co miesiąc na Żoliborzu gromadzili się ludzie z całej Polski. Panował podniosły nastrój. Potęgowała go pieśń „Ojczyzno ma, tyle razy we krwi skąpana”. Słuchając ks. Jerzego, ludzie wierzyli w odrodzenie moralno-polityczne Polski.

Prześladowanie

Ludzie z najbliższego otoczenia księdza wiedzieli, że jego życie jest zagrożone. Był nieustannie śledzony. Dostawał anonimy z pogróżkami. Do jego mieszkania nieznani sprawcy wrzucili cegłę z materiałem wybuchowym. Liczył się ze śmiercią. Często powtarzał: „Ja długo nie pożyję”. Albo: „Jestem gotowy na wszystko”. 18 października 1984 roku w kościele sióstr wizytek w Warszawie, po nabożeństwie, w zakrystii ksiądz Popiełuszko powiedział do ojca duchownego Warszawskiego Seminarium Duchownego, Tadeusza Huka: „Ja wiem, że oni mnie zabiją, ale czy ja mogę odstąpić od głoszenia prawdy?”.

Najpierw próbowano zastraszyć ks. Popiełuszkę za pomocą trwającej wiele miesięcy kampanii kłamstwa i nienawiści. W wielu pismach i raportach upowszechniano opinię, że ksiądz Jerzy przyczynia się do pogłębienia niepokoju społecznego, staje się inspiracją dla różnego rodzaju ekstremistów politycznych zakłócających porządek i bezpieczeństwo publiczne. Zarzuty te nie miały żadnego uzasadnienia w faktach. Niemal każda Msza Święta kończyła się bowiem wezwaniem celebransa do zachowania spokoju podczas rozchodzenia się do domów i nieulegania wpływom zarówno działaczy opozycji politycznej, jak i prowokatorów usiłujących niekiedy przekształcić zgromadzenia modlitewne w demonstracje uliczne. Próbowano również złamać kapelana „Solidarności” oficjalnym śledztwem i procesem pod zarzutem nadużywania wolności sumienia i wyznania na szkodę interesów PRL.

Męczeństwo

Wszczęcie śledztwa, przesłuchanie, rewizja i aresztowanie były początkiem męczeńskiej śmierci. Przewidywania najgorszego spełniły się 19 października 1984 roku. Ksiądz Jerzy pojechał z kierowcą do Bydgoszczy. W kościele pod wezwaniem Świętych Polskich Braci Męczenników odprawił Mszę Świętą. Powiedział wtedy słynne słowa: „Módlmy się, byśmy wolni byli od lęku, zastraszenia, ale przede wszystkim od żądzy odwetu i przemocy”. O godzinie dwudziestej pierwszej wyruszył do Warszawy, ale tam nie dotarł. Został w drodze podstępnie zatrzymany, uprowadzony, a następnie zamordowany przez ziejących nienawiścią komunistycznych katów.

Wszystko wyjaśniło się dopiero 30 października, w jedenastym dniu od porwania. W wieczornym dzienniku telewizyjnym nadano oficjalny komunikat o odnalezieniu w godzinach popołudniowych w Wiśle zwłok ks. Jerzego. W tym czasie trwała codzienna Msza Święta w kościele na Żoliborzu. Po jej zakończeniu jeden z księży podszedł do mikrofonu i przekazał w paru słowach tę smutną wiadomość. Trudno oddać atmosferę smutku i oszołomienia, w jakiej znalazło się parę tysięcy ludzi zgromadzonych w świątyni i wokół niej. Ksiądz chciał jeszcze zaintonować pieśń „Któryś za nas cierpiał rany”. Zebrani nie byli w stanie podjąć śpiewu.

Życie dla innych

Pierwszej oceny życia ks. Jerzego dokonał na jego pogrzebie prymas Polski, kardynał Józef Glemp. Stwierdził w homilii, że ks. Jerzy Popiełuszko „wypracował w ciągu swoich dwunastu lat kapłaństwa piękny model życia dla drugich”. Nie szukał względów dla siebie, chciał służyć innym. Bliscy współpracownicy opowiadają, jak w wigilijną noc stanu wojennego wstał od wieczerzy, wziął torbę opłatków i obszedł posterunki wojskowo-milicyjne na Żoliborzu. Jego kierowca opowiadał rzeczy zaskakujące: „Kiedyś, gdy było zimno, Jerzy zaskoczył mnie, wskazując na stojący przy plebanii ubecki samochód i mówiąc: Ci chłopcy siedzą tam i marzną już od paru godzin. Zanieś im trochę kawy na rozgrzewkę”. On myślał, że ks. Jerzy żartuje, a on rzeczywiście wysyłał go do nich. Tak oto w praktyczny sposób realizował to, co głosił: „Zło dobrem zwyciężaj”. Kulminacyjnym punktem oddania dla innych stała się jego męczeńska śmierć. Od razu widziano w niej zwycięstwo nad złem. Lech Wałęsa na pogrzebie 3 listopada 1984 roku powiedział pamiętne słowa: „Solidarność żyje, bo ty oddałeś za nią życie”. Potwierdzeniem tych słów stały się słowa papieża Jana Pawła II wypowiedziane w dwa dni później: „Ażeby z tej śmierci wyrosło dobro – tak jak z krzyża – zmartwychwstanie”

zródło:

glos pio logo

  352 odsłon
  0 komentarze
Administrator

Aniela Salawa

aniela salwaW niebieskiej sukni, którą dopiero co sobie kupiła, wyglądała pięknie. Jej fason podkreślał urodę dziewczyny. Aniela spojrzała w lustro i uśmiechnęła się do swoich myśli. Tak bardzo pragnęła się podobać!

 

Gdy wyszła na miasto, z radością spostrzegła, że ludzie patrzą na nią z podziwem. Myśleli zapewne, że jest piękną damą, a nie tylko zwykłą służącą. Upojona szczęściem usłyszała nagle wyraźny wewnętrzny głos: „Dokąd biegniesz i komu chcesz się przypodobać?”. Stanęła na ulicy wstrząśnięta.

Aniela została służącą za przykładem swojej starszej siostry. To właśnie Teresa pomogła jej znaleźć w Krakowie posadę, choć zdawała sobie sprawę z tego, jak wiele niebezpieczeństw może czyhać na prostą, wiejską dziewczynę podejmującą pracę w wielkim mieście.

 
 

Lustro
Teresa nie pomyliła się w swoich przeczuciach: Aniela, oszołomiona życiem miejskim, zaczęła być lekkomyślna i próżna. Chciała podobać się ludziom i pieniądze wydawała na stroje. Pracę służącej traktowała jako życiową konieczność. Gdy koleżanki Teresy, którą martwiło postępowanie młodszej siostry, zwracały uwagę Anieli na jej niefrasobliwe zachowanie, dziewczyna, trwając w uporze, odpowiadała im: „O, widzicie jaką ona jest, broni mi się ubrać, a któżby na mnie popatrzył, gdybym się nie ubrała?”. A kiedy prosiły ją, by brała przykład z siostry, mówiła na swoje usprawiedliwienie: „Ech, bo Teresa tak się spieszy do nieba jak kurier – a ja to tak pomalućku, pomalućku, pomalućku!”.

 

Aniela kochała swoją siostrę. Dlatego jej śmierć była wielkim wstrząsem dla niefrasobliwej osiemnastolatki. Teresa zmarła 25 stycznia 1899 roku, mając zaledwie dwadzieścia sześć lat.

 

 

Modląc się przy jej grobie, Aniela zrozumiała, że musi zmienić swoje postępowanie. Nie było jej łatwo. Lubiła ładne stroje, uwielbiała taniec, rozrywki… Pewnego razu została zaproszona na wesele. Kiedy z ogromną przyjemnością tańczyła z jakimś kawalerem, ukazał jej się nagle Chrystus, który z wyrzutem powiedział: „Tak się tu bawisz! A tam, w kościele samego mnie zostawiasz, od wszystkich opuszczonego?”. Zawstydziła się bardzo. To był ostatni taniec w jej życiu… Bywała jeszcze później na weselach, była duszą towarzystwa, potrafiła wszystkich rozweselić, ale już nigdy nie zatańczyła.  

 
 

Pogrzebacz
Ubierała się skromnie, ale zawsze elegancko. Wcześniej pragnęła podobać się ludziom, teraz Bogu. Kiedy ukończyła osiemnaście lat, za zgodą spowiednika złożyła dozgonny ślub czystości. Była to decyzja przemyślana i omodlona. Pragnęła poświęcić się całkowicie swojemu Panu.

 

Była jednak pełną uroku młodą kobietą i podobała się mężczyznom. Kiedy szła na zakupy, młodzi subiekci prawili jej komplementy, nadskakiwali. Gdy jednak nie udało im się zwrócić na siebie uwagi pięknej służącej (dziewczyna stawała się nagle zła jak osa, nie odpowiadała na zaczepki), zaczęli ją lekceważyć, pomijać i dawali gorszy towar. 

 

Nierzadko też musiała się zmagać z panami, u których służyła. Kilka razy z tego właśnie powodu opuszczała posadę i szukała pracy gdzie indziej. Do obrony przydawał się leżący w kuchni pogrzebacz. Zdarzyło się nawet, że napastowana uciekła na dach i tam spędziła całą noc.

 

Innym razem, będąc w mieście, gdy zauważyła, że goni ją jakiś wojskowy, zaczęła przed nim uciekać. Kiedy zobaczyła w niedalekiej odległości od siebie dwie spacerujące kobiety, poczuła się bezpieczniej. Mężczyzna dogonił ją i zapytał, dlaczego tak biegła. „Masz pan rozum?” – usłyszał jej nieoczekiwane pytanie. „O, i jeszcze jaki!” – odpowiedział, pusząc się jak paw. „To kieruj się pan rozumem, a nie naturą i swoją namiętnością” – poradziła mu.

 
 

Służąca
Zanim Aniela złożyła ślub czystości, pragnęła wstąpić do klasztoru. Nie przyjęto jej jednak. W dzieciństwie marzyła nawet o udaniu się na pustynię, by tam służyć Bogu. Teraz zrozumiała, że może Mu służyć, wykonując pracę służącej. „Kocham moją służbę, bo mam w niej wyborną sposobność wiele cierpieć, wiele pracować i wiele się modlić, a poza tym niczego na świecie nie szukam i nie pragnę” – zwierzała się koleżankom.

 

W „Dzienniku” natomiast, w którym na prośbę spowiednika opisywała swoje życie duchowe oraz łaski, jakich jej Bóg udzielał, zamieściła takie wyznanie: „…zdaje mi się, że jestem tu, gdzie mnie od maleńkości Pan Bóg wołał, bo jak tylko dobrze świat poznałam, czułam szalony pociąg do cierpienia i do ubóstwa. I tak w duszy czułam zawsze od dziecka, że tylko będąc w najwięcej poniżonym stanie, odpowiem łasce Bożej. I dlatego obrałam dobrowolnie stan służącej, […] wzgardziwszy wszelkim szczęściem, które mi się nastręczało”.

 
 

Kandydat na męża
Owo „szczęście”, które się Anieli „nastręczało” dotyczyło propozycji wyjścia za mąż. Nie chodziło tutaj jedynie o kandydatów z jej rodzinnej wioski. Ilekroć wracała do Sieprawia, mocniej biły serca miejscowych kawalerów. Przed laty właśnie z tego powodu opuściła dom rodzinny, ku niezadowoleniu swojego ojca, który pokładał duże nadzieje w zamążpójściu córki.

 

Aniela bardzo spodobała się pewnemu oficerowi austriackiemu. Miał względem niej poważne zamiary i w tym celu udał się do domu adwokata Fischera, u którego dziewczyna pracowała. Adwokat przyjął go z wszystkimi należnymi mu względami. Aniela jednak do salonu nawet nie zajrzała. Odrzuciła propozycję zamążpójścia, mimo że związek małżeński z tym oficerem wyniósłby ją ponad pozycję państwa, u którego służyła.

 
 

Zaskakująca przyjaźń
W domu Fischerów Aniela pracowała najdłużej – jedenaście lat (1900-1911). Wykonywała większość prac domowych. Pokoje lśniły czystością, posiłki były zawsze podane na czas, a goście adwokata nie mogli się nadziwić mądrości dziewczyny, gdy z nią rozmawiali. Co więcej, czuli względem niej onieśmielenie. Mimo że była tylko służącą i należała do stanu najbardziej wówczas poniżanego, emanowała z niej godność.

 

Żona Edmunda Fischera była młodsza od Anieli o dwa lata. Obdarzyła swoją służącą nie tylko zaufaniem, powierzając jej opiekę nad całym gospodarstwem, ale i przyjaźnią. Zawsze wyrażała się o niej z wielkim uznaniem i chętnie rozmawiała z nią na tematy duchowe. Pomagała jej nawet w drobniejszych pracach, jak na przykład froterowanie podłogi, by dziewczyna mogła przeznaczyć więcej czasu na adorację. Kiedy niespodziewanie zachorowała na nieuleczalną chorobę, w testamencie podarowała służącej wszystkie swoje suknie.

 
 

Wewnętrzne zmagania
Anielę bardzo ceniły nie tylko jej koleżanki służące, ale także panie, u których one pracowały. Często damy te pytały: „A kiedy Anielka do nas przyjdzie?”. Postrzegały ją jako radosną, mądrą i bardzo lubiły z nią rozmawiać.

 

Osoby, które otaczały Anielę, nie zdawały sobie sprawy z walki wewnętrznej, którą często musiała toczyć. Niełatwo było jej opanować gwałtowne usposobienie. Jeszcze w dzieciństwie, gdy ktoś jej dokuczył, potrafiła powiedzieć: „Żebyś ty zdechł zaraz”. W młodości była niecierpliwa w kontaktach z innymi, prędka, nie znosiła sprzeciwu. Bardzo łatwo się zniechęcała, żaliła przed koleżankami. Z tą gwałtownością musiała bardzo walczyć do końca życia.

 

O jej niecierpliwości na drodze duchowej świadczy też fakt, że wszystkie cnoty chciała osiągnąć od razu. Włożyła jednak ogromny wysiłek w pracę wewnętrzną i jej usposobienie się zmieniło. W drażliwych sytuacjach starała się ze wszystkich sił tłumić negatywne emocje, być spokojną, cierpliwą, uprzejmą, nie myśleć źle o drugich i nie wypowiadać pochopnych sądów.

 

Pole do tej pracy miała duże, ponieważ nie zabrakło „życzliwych” i jednocześnie bardzo zazdrosnych osób, które knuły przeciw niej intrygę, szerząc kłamstwa na jej temat i oczerniając także przed jej spowiednikiem. Doświadczenie to było dla Anieli szczególnie dotkliwe. Dlatego też, gdy jedna z koleżanek wyraziła względem niej swój podziw, że jest nieustannie uśmiechnięta, zadowolona, odpowiedziała: „To ino tak po wierzchu, ale wewnątrz to nerwy skomlą”.

 
 

Cierpienia zastępcze
Aniela miała zawsze zarumienione policzki, zdrowy wygląd i to wprowadzało w błąd wszystkich, którzy się z nią stykali i sądzili, że jest okazem zdrowia. Tymczasem lista jej chorób, rozwijających się w czasie, jest dość długa. Od dzieciństwa dokuczała jej przepuklina, częste omdlenia, miała chorobę wrzodową żołądka, gruźlicę płuc i gardła, cierpiała na postępującą bezsenność.

 

Do tego doszły jeszcze cierpienia dobrowolnie przyjęte, tak zwane „cierpienia zastępcze”. Kiedy młody student pracujący w kancelarii adwokata Fischera dowiedział się, że ma lekki paraliż prawej strony ciała i chciał popełnić samobójstwo, Aniela modliła się, by Bóg przeniósł na nią jego chorobę. „Odpowiedź” przyszła bardzo szybko: dziewczyna zaczęła odczuwać bóle w krzyżu oraz w prawej ręce i nodze, które towarzyszyły jej do końca życia, powodując problemy z chodzeniem. Ten początkowy paraliż przeszedł później w chorobę wówczas mało znaną: stwardnienie rozsiane.

 

Innym razem spotkała na ulicy starszego człowieka wyrzuconego ze szpitala z powodu nieuleczalnego raka żołądka. W sposób nadprzyrodzony dowiedziała się, że ten mężczyzna nie przyjmuje swojej choroby jako krzyża, dlatego poprosiła Boga, by mogła cierpieć za niego. Jej prośba ponownie została wysłuchana: mężczyzna wyzdrowiał, a ona zaczęła odczuwać bardzo silne bóle.

 
 

Źródło
Skąd czerpała siłę? Wstawała bardzo wcześnie, owijała buty szmatami, by stukaniem obcasów nie obudzić gospodarzy, i szła do pobliskiego kościoła na Eucharystię. Dużo się modliła, odprawiała nabożeństwa, wiele czasu spędzała na adoracji – gdy czuła się lepiej, szła do tych kościołów, w których wiedziała, że Jezus obecny w Najświętszym Sakramencie jest najbardziej osamotniony.

 

Pasją Anieli było czytanie lektur duchowych, a zwłaszcza życiorysów świętych. Zainteresowanie to wyniosła z domu rodzinnego. Miała zwyczaj przepisywania fragmentów książek. Niektóre kopiowała nawet w całości. Czyniła to późnym wieczorem albo pomiędzy podaniem pierwszego i drugiego dania (obiad w rodzinie adwokata Fischera trwał zazwyczaj około dwóch godzin).

 
 

Święta panienka
Aniela należała do III Zakonu Świętego Franciszka (obecnie jest patronką franciszkańskich tercjarzy w Polsce). Od Biedaczyny z Asyżu uczyła się nie tylko życia w umartwieniu, umiłowania cnoty pokory i ubóstwa, ale też miłości do najbiedniejszych, potrzebujących.

 

Była bardzo wrażliwa na ludzką biedę: często odmawiała sobie posiłku i dzieliła się nim z głodnymi; rozdawała także odzież i wszystkie swoje oszczędności.

 

Podczas pierwszej wojny światowej odwiedzała w szpitalu rannych żołnierzy. Aniela przychodziła, by pomagać im materialnie i duchowo. Godziny adoracji zastąpiła godzinami miłosierdzia. Ranni mężczyźni nazywali ją „świętą panienką” i nie pozwalali sobie względem niej na niestosowne żarty. W szpitalu tym bywała tak często, że niektórzy byli przekonani, że jest pielęgniarką.

 

Jej pomoc nie ograniczała się jedynie do szpitala. Aniela nie zapominała także o jeńcach wojennych pracujących w Krakowie, chorych dzieciach, biednych koleżankach, kobiecie, która została bez środków do życia, klerykach z seminarium jezuickiego, którym codziennie przynosiła litr mleka…

 
 

Tajemnica
Wiele osób otaczało Anielę głębokim szacunkiem, ale nie domyślało się, jak bardzo jest zjednoczona z Jezusem.

 

Bóg wybrał prostą służącą na powiernicę swoich tajemnic. Objawiający się jej Chrystus przepowiedział różnorakie cierpienia, które nie będą zrozumiałe ani dla spowiednika, ani dla lekarza. Prosił, by przeżywała je w ukryciu. Miała przyjąć je w duchu ofiary i przebłagania za grzechy ludzi. „Często bardzo doświadczam tak wielkich boleści i cierpień w duszy, że powiedzieć mogę śmiało: są one daleko więcej dotkliwe niż wszystkie, co cierpię na ciele” – zapisze w „Dzienniku”.

 

Ten cenny dokument na polecenie spowiedników Anieli zaczął powstawać na sześć lat przed jej śmiercią. Pisany był niewprawną ręką dziewczyny, która ukończyła zaledwie dwie klasy i nie opanowała zbyt dobrze reguł ortografii. Z tego właśnie powodu spowiednik Anieli bezpośrednio po jej śmierci przepisał cały „Dziennik”, a jego oryginał niestety spalił.

 

Z jego kart dowiadujemy się o niezwykłej zażyłości pomiędzy Bogiem, objawiającym się w różnych przymiotach, a pokorną służącą, która całym życiem pragnie Mu służyć. Dla niego znosi całkowite opuszczenie, zdanie na łaskę ludzi podczas ostatnich czterech lat życia, które – pozbawiona możliwości poruszania się – przeżywa w nędznej suterenie. Ofiaruje Mu wszystkie swoje cierpienia, ciemną noc ducha, fizyczne napaści demonów, niezrozumiałe dla nikogo boleści. Pisze: „Tylko jedno mam pragnienie: umrzeć, a drugie: dużo tu na ziemi cierpieć za grzechy”. Bóg znowu odpowiedział na obydwa pragnienia. Aniela umarła w niedzielę, 12 marca 1922 roku w wieku 41 lat, przepowiedziawszy wcześniej dzień swojej śmierci.

 

Iwona Szkudelska

źródło:

glos pio logo

  329 odsłon
  0 komentarze
Administrator

Honorat Koźmiński

kozminskiHonorat Koźmiński urodził się w Białej Podlaskiej 16 października 1829 roku. Zmarł 16 grudnia 1916 roku w Nowym Mieście nad Pilicą. Przeżył 87 lat, w tym 64 w kapłaństwie, a 68 w zakonie
W bardzo młodym wieku stracił wiarę. Odzyskał ją 15 sierpnia 1846 roku, gdy przebywał w carskim więzieniu. Po uwolnieniu, 8 grudnia 1848 roku, wstąpił do zakonu kapucynów, gdzie 21 grudnia otrzymał habit i imię zakonne Honorat. Święcenia kapłańskie przyjął 27 grudnia 1852 roku w kościele św. Krzyża w Warszawie.

Rozpoczęła się jego posługa kapłańska: kazania, rekolekcje, misje, spowiedź, kierownictwo duchowe. Tę intensywną pracę przerwały kolejno kasaty klasztorów w Warszawie (27/28 listopada 1864 roku) i w Zakroczymiu (8 czerwca 1892 roku). Ostatnie 24 lata życia spędził w Nowym Mieście nad Pilicą.



Ojcu Honoratowi przyszło żyć w czasach zniewolenia ojczyzny i prześladowania religijnego: zaborca chciał zniszczyć życie zakonne, dlatego kasował klasztory i zabraniał przyjmowania do nich nowych kandydatów. Nie skorzystał mimo wszystko z możliwości opuszczenia kraju. Powiedział: „Tu nas chce mieć Bóg. Tu pozostaniemy”. Wlał w wiele serc odwagę, nadzieję, porwał do wielkiej pracy, ukazał wielkie ideały.

W Warszawie kierował zakładaniem zgromadzenia felicjanek i ułożył dla nich konstytucje. Kiedy felicjanki przeniosły się za granicę, o. Honorat postanowił ratować życie zakonne – założył wiele zgromadzeń życia ukrytego.

Spotykając w konfesjonale osoby pragnące żyć w zakonie i pomagać bliźnim, gromadził je we wspólnoty, tworzył z nich zgromadzenia. Posyłał na wieś i do miasta, do fabryk, zakładów rzemieślniczych, do dzieci, młodzieży, starców i kalek, do szpitali i szkół. Prowadząc życie ukryte, nie wyróżniając się na zewnątrz, mogły one pracować w różnych środowiskach.

Pozbawiony możliwości swobodnego świadczenia posługi kapłańskiej poza klasztorem, kierował wieloma osobami poprzez konfesjonał. Był więźniem konfesjonału – specjalnie zaprojektowanego przez siebie tak, by zapewniał dyskrecję i zabezpieczał przed krążącymi, także w kościele, carskimi szpiclami. Ten ciemny i duszny mebel stał się szczególnym narzędziem pokuty. Ojciec Honorat miał licznych penitentów, niekiedy trzeba było kilka dni oczekiwać na spowiedź u niego.

Ojciec Honorat był też człowiekiem Eucharystii. Uczynił ją centrum swego życia i ku niej prowadził innych. Pisał: „Chcę ofiarować Panu Bogu i słuchać codziennie wszystkich Mszy, które się na całym świecie odprawiają”. Był zwolennikiem częstej, nawet codziennej, Komunii Świętej. Należał do kapłanów, których sam sposób sprawowania Najświętszej Ofiary był świadectwem. Uczestnicy jego Mszy Świętych byli szczególnie poruszeni, zbudowani. W pozostawionych przez nich relacjach czytamy, że „gdy odprawiał Najświętszą Ofiarę, cała jego postać, wyraz twarzy, wszystkie jego ruchy wyrażały przejęcie się najgłębszą czcią, uwielbieniem i miłością... Jego twarz była promieniejąca, zwłaszcza po konsekracji... Słyszałem nie tylko jego wzdychania, ale też widziałem, jak płakał podczas podniesienia”. Ostatnią Mszę Świętą odprawił 16 października 1916 roku, w dniu swoich 87. urodzin. Potem, aż do dnia śmierci, mógł tylko przyjmować Komunię Świętą.

16 października 1988 roku Jan Paweł II ogłosił o. Honorata Koźmińskiego błogosławionym.

Liturgiczne wspomnienie bł. Honorata obchodzimy 13 października.

„Błogosławiony zakonnik, oddany wspaniałomyślnie powołaniu brata mniejszego kapucyna, prawdziwy syn duchowy św. Franciszka, kapłan i apostoł, wytrwały szafarz sakramentu przebaczenia i pojednania”.
Jan Paweł II o Honoracie Koźmińskim

źródło:

glos pio logo

  316 odsłon
  0 komentarze
Administrator

Hildegarda z Bingen. By dusza nie zwiędła, a ciało rozkwitło

Hildegarda BingenNie odkryła powołania nagle ani nie było ono wynikiem pogłębionej modlitwy czy też intensywnego rozeznawania. Co więcej, nie miała wpływu na jego wybór. Zdecydował za nią los – rodzice i nabożny zwyczaj. Lecz gdyby nie to, Kościół prawdopodobnie nie miałby wielkiego doktora i teologa, a medycyna i muzyka byłyby uboższe.      Nad klasztornym ogrodem niedaleko Bingen wschodziło wiosenne słońce. Do pracy wzbijały się roje pszczół, jakby wyrwane ze snu na dźwięk mosiężnych dzwonów zwiastujących poranną modlitwę. Wśród alejek, misternie poprzeplatanych pajęczą siecią, przechadzała się postać w czarnym habicie z twarzą zasłoniętą welonem, starannie zbierająca pąki jabłoni, płatki fiołków oraz gałązki cyprysu, by po chwili zniknąć w ciemnym, zakonnym korytarzu. Często powtarzała: „W całym wszechświecie, w drzewach, ziołach, w roślinach, w zwierzętach, a nawet w kamieniach szlachetnych ukrywają się wielkie moce uzdrawiające, których żaden człowiek nie jest świadom, jeśli nie zostaną mu one objawione przez Boga! (…) Rośliny i kamienie tylko wtedy są skuteczne, gdy człowiek stanowi jedność z przyrodą i z Bogiem. Najpierw trzeba uleczyć duszę, potem uleczy się też ciało”.

Dziecko w zakonie
„Nadreńska benedyktynka”, „Sybilla znad Renu”, „Prorokini germańska”. Te i wiele innych tytułów przypisywane są jednej kobiecie, która wyrosła ponad swoją epokę – wyjątkowej benedyktynce żyjącej w XII wieku.

„Pod koniec pierwszego stulecia nowego tysiąclecia urodzi się dziewczynka, Hildegarda, światło świata, która zrozumie mowę roślin, kamieni oraz zwierząt, a sercem rozpozna znaki, które ukazują się tylko nielicznym”. Ta przepowiednia urzeczywistniła się 16 września 1098 roku, kiedy to w Rupertsbergu (koło Bingen) w rodzinie szlacheckiej przyszła na świat dziewczynka, znana dzisiaj jako Hildegarda z Bingen. Była dziesiątym dzieckiem małżeństwa Hildeberta i Mechtyldy von Bermersheim.

Według panującego zwyczaju, dziesiąte dziecko urodzone w rodzinie szlacheckiej oddawano w ofierze Kościołowi jako symbol dziesięciny darowanej Bogu. Gdy zatem dziewczynka ukończyła osiem lat, jej rodzice zapukali do klasztornej furty benedyktynek w Disibodenbergu i oddali córkę pod opiekę przeoryszy Judyty. Tam już została. Po kilkunastu latach otrzymała welon zakonny z rąk bp. Benedykta, a w 1136 roku, po śmierci matki Judyty, została przeoryszą. Kilka lat później, również ze względu na coraz większą liczbę dziewcząt pukających do klasztornej furty, wspólnota uzyskała niezależność od męskiej gałęzi zakonu. Zakonnice przeniosły się wtedy do Bingen, gdzie Hildegarda spędziła resztę życia.


 

Tajemnicza wiedza
„Wizja ogarnia całe moje jestestwo: nie widzę oczyma ciała, lecz ukazuje mi się w duchu tajemnic. Znam głęboki sens tego, co wyrażone jest w Psałterzu, w Ewangeliach oraz innych księgach, które zostały mi przedstawione w wizji. Pali ona niczym płomień w mojej piersi i duszy, i uczy mnie głębokiego zrozumienia tekstu” – dzieliła się swoim doświadczeniem duchowym św. Hildegarda. Po raz pierwszy w wieku 42 lat przyznała się przed swoim spowiednikiem Volmarem do wizji, które towarzyszyły jej od trzeciego roku życia. „Choć słyszałam i widziałam to wszystko, z powodu zwątpienia, niskiego mniemania o sobie i nieprzychylnych słów mężczyzn przez długi czas odrzucałam wezwanie do pisania, powodowana nie uporem, ale pokorą, aż wreszcie przygnieciona biczem Bożym, padłam na łoże boleści” – zaznaczyła w przedmowie do swojego pierwszego dzieła. Z czasem zakonnik Volmar został jej sekretarzem i powiernikiem otrzymywanych objawień. Po śmierci Volmara jego miejsce zajął Gotfryt, a po nim Guilbert z Gembloux.

Hildegarda posiadała bardzo ogólną wiedzę, którą zdobyła pod okiem swojej opiekunki Judyty, natomiast wszystko, co zostało spisane, pochodziło z objawionych wizji. W ten tajemniczy sposób stała się pośredniczką pomiędzy niebem a ziemią. Jej wizje przypominały widzenia proroków ze Starego Testamentu i opisywały dzieje zbawienia, tajemnicę wcielenia oraz Boga ożywiającego wszechświat. Dotyczyły też życia człowieka – kobiecości i męskości, relacji pomiędzy wadami i cnotami, zawierały wskazówki i instrukcje, jak osiągnąć Królestwo Niebieskie.

Pod wpływem objawień powstały dzieła wizjonerskie spisane w trzech księgach: Sciens vias Domini (Poznaj drogi Pańskie), Liber vita meritorum (Księga zasług życia), Liber divinorum operum (Księga dzieł Bożych).

Napomnienia dla papieża
Wieść o mniszce mającej wizje wyszła dość szybko poza mury klasztorne i przez biskupa Moguncji Henryka dotarła do papieża Eugeniusza III. Ten, słysząc o wizjonerce, wysłał do klasztoru specjalną komisję mającą wyjaśnić autentyczność dziejących się tam cudów. Po odczytaniu fragmentów wizji na synodzie w Trewirze Hildegarda uzyskała błogosławieństwo i pozwolenie na rozpowszechnianie swoich idei oraz nakaz spisywania dalszych objawień.

W latach 1158–1170 odbyła cztery podróże misyjne w środkowych i południowych Niemczech. W czasie pierwszej podróży miała ponad sześćdziesiąt lat, a w trakcie czwartej – ponad siedemdziesiąt. Była zapraszana na wykłady i wizytacje w klasztorach. Prowadziła także bogatą korespondencję. Zachowało się około czterysta listów, w których Hildegarda nie wahała się strofować współczesnych władców, doradzała także papieżom, biskupom i świeckim dostojnikom. Za pośrednictwem listów ludzie zwracali się do niej także z prośbą o modlitwę, radę lub pocieszenie. Do jednej ze wspólnot zakonnych pisała: „Trzeba bardzo troszczyć się o życie duchowe. Na początku trud jest gorzki. Wymaga bowiem wyrzeczenia się zachcianek, przyjemności cielesnych i podobnych rzeczy. Jeśli jednak święta dusza daje się oczarować świętości, pogarda świata będzie dla niej słodka i pełna miłości. Trzeba tylko rozumnie strzec się, by dusza nie zwiędła”.

Muzykoterapia
„Czystym wspomnieniem raju” była dla Hildegardy muzyka. Śpiew wypływał z jej serca i duszy podczas modlitwy w zakonnym chórze, ale także wtedy, gdy przelewany był na papier. „Jak moc Boża wszędzie wzlatując, wszystko okrąża i nie napotyka żadnej przeszkody, tak i rozumność człowieka przejawia się z wielką mocą w rozbrzmiewaniu żywymi głosami i w pobudzaniu przez muzykę sennych dusz do czuwania… Albowiem muzyka zmiękcza twarde serca i wprowadza w nie wilgoć skruchy oraz przyzywa Ducha Świętego” – napisała w pierwszym swoim dziele. Świat był dla niej hymnem, symfonią na cześć Boga.

Pozostawiła 77 utworów liturgicznych, do których napisała muzykę. Wśród nich przeważały antyfony, responsoria i hymny. Pieśni skomponowane przez Hildegardę zostały wydane pod tytułem Symfonia Harmoniae Caelestium Revelationum (Symfonia harmonii objawień niebiańskich).

Według benedyktynki wszyscy ludzie zostali obdarowani śpiewem, ale nie jest on już tak wspaniały jak w raju. Jego wartość dla człowieka jest nie do przecenienia, ponieważ stanowi umocnienie i pociechę.

Złote reguły życia
Hildegarda była uważną obserwatorką natury i ludzi. Kierując się grecką filozofią czterech żywiołów, badała oddziaływanie pomiędzy światem ożywionym i nieożywionym oraz ich wpływ na stan organizmu i duszy człowieka. Opracowała kilka zasad, których stosowanie pozwala uniknąć chorób fizycznych i duchowych oraz sprzyja zachowaniu dobrego humoru. Są to: właściwy dobór żywności i napojów, tak by przynosiły człowiekowi zdrowie; zastosowanie uzdrawiających mocy zawartych w przyrodzie; właściwy rytm snu i ruchu; zrównoważona ilość pracy i odprężenia; oczyszczanie organizmu z substancji trujących i toksyn poprzez bańki, upust krwi, akupunkturę termiczną; korzystanie z duchowych mocy uzdrawiających, np. postu.

Wskazówki, obserwacje i wnioski spisała w księgach. Historia naturalna (Physica) zawiera propozycje leczenia ekstraktami z drzew, roślin, zwierząt, ptaków, ryb i za pomocą kamieni szlachetnych. Natomiast w dziele Przyczyny chorób i ich leczenie” (Causae et curae) Hildegarda opisała sztukę leczenia dostosowaną do miejsca człowieka w kosmosie.

Niezwykła śmierć
Na porannym niebie niedaleko Bingen rozbłysnęły dwie promienne tęcze, które w najwyższym punkcie skrzyżowały się pod kątem prostym. W miejscu ich przecięcia zarysował się okrąg z wpisanym w niego krzyżem. Kiedy ramiona krzyża sięgnęły po horyzont, powoli zaczęły zanikać, aż stały się świetlnym punktem na wschodnim niebie. Tajemnicze zjawisko, mimo wczesnej pory, zgromadziło kilku mieszkańców miasteczka – świadków niezwykłego cudu, który datuje się na 17 września 1179 roku – dzień, w którym ok. 5.00 nad ranem umarła miejscowa przeorysza, matka Hildegarda.

10 maja 2012 roku papież Benedykt XVI ogłosił niemiecką benedyktynkę świętą, a 7 października 2012 roku nadano jej tytuł 35. doktora Kościoła.

„Czujesz się przemęczony, nie widzisz życiowych perspektyw, zgubiłeś sens życia i słabniesz w wierze, cierpisz na brak odporności, alergie, bezsenność? Wyobraź sobie siebie w doskonałym zdrowiu, w życiu pełnym harmonii. Zapewne wiesz, jak cudownie jest żyć w zgodzie z Bogiem, ludźmi, otaczającym Cię światem i... z samym sobą, ciesząc się pokojem serca, myśli i siłą zdrowego ciała?” – tak jeden z portali internetowych zachęca do wzięcia udziału w rekolekcjach z postem według św. Hildegardy, reklamując tym samym polecany przez nią styl życia. W Polsce działa również Polskie Towarzystwo Przyjaciół św. Hildegardy, które zajmuje się rozpowszechnianiem spuścizny po świętej benedyktynce, a także organizowaniem konferencji naukowych i szkoleń.

żródło:

glos pio logo

  324 odsłon
  0 komentarze
Administrator

Franciszek z Asyżu

franciszek z asyzuMiał duszę poety, kochał życie i naturę, pod wpływem wiary bez wysiłku odkrywał obecność Boga w całym stworzeniu. Z urodzenia należał do społeczności rzemieślników i kupców. Jednakże jego rycerski temperament sprawiał, że był człowiekiem bardziej podobnym do błędnych rycerzy, których cechowały takie cnoty jak: dworskość, uczciwość, szczodrość, współczucie dla słabych i bezbronnych.

Franciszek z Asyżu urodził się w Asyżu w roku 1181 lub 1182 jako syn kupca Piotra Bernardone, który jego imię chrzestne Giovanni (Jan) zmienił na Francesco (Franciszek).

Był obdarzony wyjątkową wrażliwością i bogatą wyobraźnią, jak również przenikliwym umysłem, zdolnością do refleksji i silną wolą, chociaż nie był wolny od zmiennych nastrojów właściwych dla jego nerwowego usposobienia. Do tego należy dołączyć poczucie realizmu, intuicję, szczerość i prostotę wobec osób i wydarzeń. Miał duszę poety, kochał życie i naturę, pod wpływem wiary bez wysiłku odkrywał obecność Boga w całym stworzeniu.



Z urodzenia należał do społeczności rzemieślników i kupców. Jednakże jego rycerski temperament sprawiał, że był człowiekiem bardziej podobnym do błędnych rycerzy, których cechowały takie cnoty jak: dworskość, uczciwość, szczodrość, współczucie dla słabych i bezbronnych. W jego życiu widzimy na przemian pragnienie oddania się działaniu i chęć wyjścia naprzeciw światu oraz pociąg do samotności i spokoju w intymności życia braterskiego.

Lubił określać siebie jako człowieka prostego i niewykształconego. Nie był jednak ignorantem. Dosyć dobrze znał łacinę mówioną, której nauczył się w przykościelnej szkole przy kościele św. Jerzego. Śpiewał w języku prowansalskim, znał pieśni trubadurów, a przede wszystkim czytał i medytował Biblię, zwłaszcza Nowy Testament.

Po radosnej i beztroskiej młodości, w wieku 25 lat poczuł się przemieniony łaską Bożą. Gdy pewnego dnia modlił się przed Krzyżem w zrujnowanym kościółku św. Damiana, usłyszał głos Chrystusa, który rozkazywał mu: „Franciszku, idź i napraw mój Kościół!”. Potem nastąpiło zerwanie z ojcem i całkowite wyrzeczenie się wszystkiego wobec biskupa. Przez trzy lata, zbierając jałmużnę na utrzymanie, uważany za szaleńca, poświęcał się odbudowie kościołów w okolicach Asyżu, aż pewnego dnia po usłyszeniu słów Ewangelii o rozesłaniu uczniów odkrył swoje definitywne powołanie: „żyć według formy świętej Ewangelii”. Porzucił używany dotąd habit pielgrzyma i pojawił się w prostej tunice, przepasany sznurem, boso, głosząc królestwo Boże i wzywając do nawrócenia. Wkrótce dołączyli do niego pierwsi towarzysze, gotowi dzielić jego życie.

Założenie i zatwierdzenie Zakonu Braci Mniejszych
Pierwsza wspólnota powstała w Rivotorto. Gdy Fraciszek stwierdził, że grupa jest dostatecznie przygotowana zorganizował pierwszą formalną wyprawę misyjną. Wędrowali dwójkami przez różne regiony Włoch, głosząc kazania i utrzymując się z jałmużny. Cierpienia, jakich wówczas doznali, były dla nich pierwszą wielką próbą. Franciszek wspierał ich podczas trudnego okresu początkowego, kreśląc przed ich oczyma optymistyczną wizję wielkiej liczby ludzi z wszelkich klas społecznych i narodów, którzy w przyszłości do nich dołączą.

Gdy pokutnicy z Rivotorto osiągnęli liczbę dwunastu, Franciszek napisał dla nich pierwszą regułę. Sprowadzała się ona do kilku zdań z Ewangelii, które miały stanowić program życia. Jej zasadnicze punkty to: zobowiązanie się do życia Ewangelią, absolutne ubóstwo grupy, ustawiczny stan misji pokutnej w świecie bez jakichkolwiek materialnych zabezpieczeń, praca i jałmużna jako środki utrzymania.

Franciszek uważał, że nadeszła chwila, by otrzymać zatwierdzenie ze strony Kościoła. W kurii rzymskiej opozycja była wielka, ostatecznie jednak zwyciężyły wpływy kardynała z Bazyliki Świętego Pawła, jasna wizja Innocentego III i idealizm Franciszka. Nowy zakon został zatwierdzony w 1210 roku.

Po powrocie do Asyżu wspólnota musiała opuścić schronienie w Rivotorto. Wtedy właśnie Franciszek otrzymał od jednego z opactw Porcjunkulę, gdzie odkrył swoje powołanie ewangeliczne, a która później stała się centrum wspólnoty braterskiej. Wokół małej kapliczki Matki Bożej Anielskiej bracia mniejsi, bo taką nazwę ostatecznie przyjęła wspólnota św. Franciszka, zbudowali kilka szałasów z gałęzi i błota, aby mieć gdzie się schronić.

W 1212 roku dołączyła do Franciszka, przyjmując ten sam rodzaj życia, młoda Klara z Asyżu, ze szlacheckiej rodziny Favarone. Był to początek wspólnoty sióstr, tzw. „ubogich pań”. Sam Franciszek przygotował dla nich miejsce przy kościółku św. Damiana. Prawie równocześnie, na skutek Franciszkowego przepowiadania i włączenia się braci mniejszych w rzeczywistość życia społecznego, zaczęły powstawać braterskie wspólnoty pokutników, celibatariuszy i małżonków, którzy we własnych domach bez zmieniania rodzaju życia, podzielali ten sam ideał ewangeliczny. Ten ruch świecki otrzymał normy organizacyjne w 1221 roku.

Pierwszy kryzys wewnętrzny wspólnoty
Wspólnota braterska wzrosła liczbowo bardzo szybko w pierwszym dziesięcioleciu swego istnienia. Źródła, na pewno z pewną przesadą, mówią o 3, a nawet 5 tysiącach braci. W tym też czasie grupa najbardziej wykształconych braci, nie pomniejszając swego przywiązania do Założyciela i jego programu życia ewangelicznego, zapragnęła bardziej skutecznej organizacji i bardziej precyzyjnego prawodawstwa. Opowiadali się za wprowadzeniem elementów wziętych z zakonów monastycznych, wypróbowanych przez długie doświadczenie. Franciszek zdecydowanie sprzeciwiał się takiej tendencji oraz wszelkim sugestiom ze strony roztropności ludzkiej, które mogłyby osłabić to, co było fundamentalne w naśladowaniu Chrystusa: całkowite ubóstwo, brak zabezpieczenia materialnego, pielgrzymowanie, równość między braćmi oraz to, co on nazywał „drogą prostoty”.

Pierwszym rezultatem nacisków ze strony ugrupowania „roztropnych” był podział zakonu na prowincje. Był to krok niezmiernie ważny, świadczący wyraźnie o postawie twórczej i umiejętności historycznego przystosowania się samego Franciszka, wprowadził on bowiem całkowicie nową w tradycji zakonnej formę organizacyjną. Prowincja zaczęła być podstawową wspólnotą braterską, stała się nowym rodzajem wspólnoty wędrow­nej, która porusza się i działa na danym terytorium pod kierunkiem „ministra prowincjalnego”.

Konsekwencją podziału na prowincje było zaprogramowanie roz­przestrzeniania się Zakonu poza Włochami i na wschodzie. Franciszek jako własne pole apostolatu wybrał Francję. Gdy przybył do Florencji, na spotkanie wyszedł mu kardynał Hugolin z Segni, legat Stolicy Świętej w Lombardii i To­skanii. Od tego czasu datuje się głęboka przyjaźń łącząca tych dwóch tak różnych ludzi, rozumiejących się jednak i nawzajem się uzupełnia­jących. Hugolin stanie się w przyszłości doradcą Franciszka.

Podróż Franciszka na Wschód i zmiany w zakonie
Kolejnym ważnym krokiem w rozwoju wspólnoty braterskiej była kapituła w roku 1219, na której postanowio­no zorganizować po raz pierwszy „misje do niewiernych”. Część wspólnoty udała się do Maroka, druga zaś z Franciszkiem podjęła wyprawę na Wschód. Udało im się spokojnie przejść przez front wojsk krzyżowców oblegających Damiettę i dotrzeć przed sułtana Egip­tu, pozyskując sobie jego życzliwość. Owocem tej wyprawy było zało­żenie kustodii Ziemi Świętej.

Podczas nieobecności Fran­ciszka jego zastępcy – Mateusz z Nami i Grzegorz z Neapolu, należący do stron­nictwa, które zmierzało do ewolucji i hierarchizacji zakonu, zatroszczyli się o zwołanie specjalnej kapituły i uchwalenie do­datkowych statutów.

Franciszek o tych nowościach i kierunku, jaki na własną odpowiedzialność usiłowali nadać zakonowi zastępcy, dowiedział się podczas pobytu na Wschodzie. Przyspieszył więc swój powrót. Na miejscu okazało się, że oprócz zwrotu ku życiu mniszemu nastąpiły także inne zmiany: prowincjał z Bolonii zbudował w tym ośrodku uniwersyteckim konwent z zamiarem założe­nia w nim domu studiów, zaś zarząd miasta Asyżu w Porcjunkuli zbudował dom z zamiarem umieszczenia w nim władz centralnych zakonu.

Franciszek przyjął to wszystko z wielką przykrością. Pierwszą jego reakcją było przystąpienie do rozbiórki domu w Asyżu oraz nakaz opuszczenia przez braci konwentu w Bolonii. Wówczas bracia uczeni przeciwstawili się mu, a urzędnicy w Asyżu dali do zrozumienia, że wybudowany dom jest własnością zarządu miasta, a nie braci. W Bolonii zaś za właściciela konwentu uważał się Hugolin.

Franciszek czuł się bezradny w konfrontacji z przebiegłym stron­nictwem. Uważał, że sytuację może uzdrowić jedynie kardynał. Nie tracąc czasu udał się do papieża Honoriusza III i uzyskał od niego mianowanie Hugolina protektorem braterskiej wspólnoty. Rów­nocześnie udało się dojść do pewnego porozumienia ze zwolennikami przekształceń. Franciszek zrezygnował z zarządzania administracyjnego wspól­notą braterską. Mimo to nadal był uważany za prawdziwą głowę zakonu, także przez Stolicę Apostolską.

Testament
Cierpienie moralne, które nie potrafiło stłumić we Franciszku wewnętrznej radości duchowej, doprowadziło do jego mistycz­nego oczyszczenia i otrzymania stygmatów, co nastą­piło w 1224 roku na górze Verna (Alwernia). Stawszy się żywym obrazem Chrystusa ukrzyżowanego, nękany cierpieniami ciała, każdego dnia coraz bardziej spalany płomieniem przekształcającej mi­łości, Franciszek dalej przebiegał drogi środkowych Włoch. W każ­dym miejscu czczono go i uważano za świętego. Wiosną 1226 roku podczas pobytu w Sienie poczuł się osłabiony. Podyktował wtedy w krótkich słowach swoją ostatnią wolę. Błogosławił wszystkim braciom i nakazywał im wzajemną miłość, wierność Pani Ubóstwu oraz szacunek wobec dostojników i duchownych Kościoła.

Gdy w stanie zdrowia Franciszka nastąpiła lekka poprawa, przeniesiono go do Asyżu. Tutaj podyktował swój ostateczny „Testament”, który jest przede wszystkim żarliwym dziękczynieniem wo­bec Pana za nawrócenie i powołanie ewangeliczne, potwierdzeniem absolutnej inicjatywy Najwyższego w powstaniu braterskiej wspólnoty.

Franciszek umarł 3 października 1226 roku w Por­cjunkuli. Dwa lata później, 19 lipca 1228 roku, kardynał Hugolin, jako papież Grzegorz IX, go kanonizował. 4 października przypada wspomnienie św. Franciszka z Asyżu

 źródło:

glos pio logo

  342 odsłon
  0 komentarze
Administrator

Franciszek Salezy

Głosił kazania i nauczał poprzez setki listów wysyłanych do swoich podopiecznych. Zebrane i opracowane, stały się potem trzonem książki „Filotea”, która jest perłą nowożytnej duchowości chrześcijańskiej.

Franciszek SalezyFranciszek Salezy urodził się w 1567 roku na zamku Thorens w Sabaudii. Był pierworodnym synem wpływowego szlachcica, Franciszka de Boisy, który w chwili jego narodzin miał czterdzieści pięć lat i był żonaty z zaledwie piętnastoletnią Franciszką de Sionnaz. Ojciec miał poważne plany względem syna, toteż dbał o jego edukację. Po ukończeniu szkół piętnastoletni Franciszek wraz z opiekunem, księdzem Dèage, wyjechał do Paryża, aby pobierać naukę w kolegium jezuickim.

Od tańca do różańca
Zgodnie z zaleceniem ojca Franciszek uczył się tam łaciny i greki, retoryki i filozofii, a także pobierał lekcje fechtunku, tańca i konnej jazdy. Oprócz tego już wtedy odkrył w sobie szczególne upodobanie do teologii. Jego chrześcijańska gorliwość nie od razu znalazła swoją właściwą formę wyrazu. Ten etap życia wspominał w następujący sposób: „Gdy byłem w Paryżu, bardzo jeszcze młody, ogarnęło mnie niezmierne pragnienie doskonałości i świętości. Wyobraziłem sobie, że powinienem w tym celu trzymać w czasie modlitwy w ramionach pochyloną głowę, gdyż tak czynił inny uczeń, który był naprawdę święty. Przestrzegałem tego przez pewien czas, aż przekonałem się, że wcale od tego nie staję się bardziej święty”. Również w tym czasie złożył u stóp Madonny z kościoła Saint-Etienne-de-Gres prywatny ślub czystości.


Franciszek jednak nie był wolny od kryzysu wiary, który w jego przypadku miał podłoże intelektualne. Poreformacyjna nauka Lutra i Kalwina sprawiła, że w tym czasie w Paryżu żywo dyskutowana była teoria o predestynacji, czyli o tym, że Bóg od początku przeznacza wybrane osoby albo na potępienie, albo na zbawienie. Ówcześni teologowie dopowiadali, że potępieni mają wskazywać na Bożą sprawiedliwość, a zbawieni na Boże miłosierdzie. Teoria ta zdawała się odbierać człowiekowi możliwość zadecydowania, do której grupy ludzi ma dołączyć, bowiem wszystko było z góry ustalone. Po części z powodu tych poglądów młody Franciszek popadł w skrajną rozterkę, bo wydawało się mu, że jest bezwzględnie potępiony. Ta myśl trapiła go przez kilka tygodni. Z jednej strony bardzo chciał kochać Boga i Mu służyć, z drugiej miał wrażenie, że nigdy nie będzie mógł tego czynić. Wyzwolenie z tych duchowych cierpień znalazł w chwili, gdy pewnego razu wstąpił do kościoła i przed ołtarzem Matki Bożej odmówił przypadkowo znalezioną modlitwę „Pomnij, o Przenajświętsza…”. Jak sam wspominał, w tym momencie „udręka opadła z niego jak skorupa trądu”.

Pan de Boisy chciał, aby jego syn został adwokatem w senacie sabaudzkim, toteż zdecydował, że Franciszek po ukończeniu edukacji paryskiej podejmie studia prawnicze w Padwie. Tak też się stało i w 1591 roku nauka ta została uwieńczona stopniem doktora praw.

Wiele zabiegów kosztowało Franciszka odrzucenie wyjednanej przez ojca nominacji do senatu i wymówienie się od małżeństwa z bogatą jedynaczką. W jego sercu coraz bardziej dojrzewała bowiem świadomość powołania kapłańskiego. Zwierzył się z tej myśli swojej matce, a dobrym sprzymierzeńcem w przekonaniu pana de Boisy do tego projektu okazał się także jego stryjeczny brat – kanonik Ludwik de Sales. Ojcowską zgodę na święcenia kapłańskie syna miała wyjednać jego nominacja na prepozyta kapituły genewskiej. I tak 18 grudnia 1593 roku Franciszek otrzymał święcenia kapłańskie.

Czynność pospolita – kaznodziejstwo
Przed pierwszym kazaniem, jakie miał wygłosić, Franciszek przeżył tak wielką tremę, że aż nogi ugięły się pod nim i bał się podejść do kazalnicy. Dopiero żarliwa modlitwa pomogła mu przekroczyć lęk. Być może to doświadczenie sprawiło, że dokładał wszelkich starań, aby jego słowa były proste, serdeczne i żarliwe. Tym też zaczął zdobywać serca coraz większych rzesz słuchaczy. Misja kaznodziejska znalazła się w centrum jego działalności, co nie było typowe dla funkcji wysokiego dygnitarza kościelnego, jaką sprawował. Jego ojciec, obserwując tę „fanaberię”, w końcu nie wytrzymał i wypalił: „Prepozycie, zbyt często miewasz kazania. Nawet w dni powszechne słychać dzwony, a wszyscy powiadają: – To prepozyt będzie nauczał, i znowu prepozyt. Za moich czasów inaczej bywało. Kazania były rzadkie, ale za to jakież mądre i uczone! Mówiono w nich istne cuda! A ty robisz z tego taką pospolitą czynność, że twoje słowa w końcu wszystkim spowszednieją”. Franciszek jednak niezbyt przejął się tymi uwagami. Zbyt dobrze wiedział, że księdzem został nie po to, aby brylować na salonach i wygłaszać okazjonalne kazania dla popisania się własną erudycją i znajomością języków obcych, ale po to, by zdobywać dla Chrystusa jak najszerszą rzeszę wiernych. Sukces, jaki w tym względzie odniósł w Annecy, gdzie rezydował wygnany przez protestantów ze swojej stolicy biskup genewski, nie sprawił, że Franciszek spoczął na laurach. Coraz bardziej dojrzewało w nim pragnienie, aby przywrócić Genewę katolikom. Gdy okazało się, że książę Sabaudii Karol Emanuel I zażądał od biskupa misjonarzy, którzy głosiliby doktrynę katolicką wśród skalwinizowanego społeczeństwa prowincji Chablais, Franciszek i jego stryjeczny brat zgłosili się na ochotnika. Misja była niebezpieczna, dlatego książę chciał im przydzielić oddział wojska. Franciszek jednak sprzeciwił się temu, mówiąc: „Luter i Kalwin narzucili swoje herezje przy pomocy siły orężnej, my zaś zamierzamy wzorem apostołów uzbroić się wyłącznie w słowo!”.

Na wieść o tej decyzji pan de Boisy wybuchnął gniewem i odmówił synowi swojego błogosławieństwa. To jednak Franciszka nie powstrzymało. Wkrótce dotarł do Thonon, stolicy prowincji Chablais.

Miłość mocniejsza niż surowość
Swoją pracę w Thonon Franciszek zaczął od nawiązania kontaktu z tamtejszymi katolikami, których naliczył zaledwie czternastu. Byli to przeważnie cudzoziemcy, przebywającymi tam w celach handlowych. Dla nich zaczął odprawiać Mszę Świętą. Następnie zaczął obchodzić okoliczne wioski i nauczać wszystkich, którzy zechcieli go słuchać. Często mówił nawet do kilku osób, co wskazuje na fakt, że jego kaznodziejska droga nie była usłana różami. W miesiąc po przybyciu Franciszek napisał do biskupa Graniera: „Świeżo ogłoszono publiczny zakaz chodzenia na nasze nauki. Mieliśmy nadzieję, że sama ciekawość skłoni lud do słuchania kazań albo że może na dnie duszy tkwi jeszcze odrobina przywiązania do dawnej wiary. Niestety, jest inaczej, bo heretycy wymawiają się tym, że po wygaśnięciu traktatu Genewczycy i Berneńczycy będą prześladować jako odstępców tych wszystkich, którzy by uczęszczali na nasze kazania. Za to w prywatnych rozmowach przyznają pastorowie, że dowody, jakie czerpiemy z Pisma Świętego na poparcie naszej wiary, są słuszne i prawdziwe, nawet te, które dotyczą Przenajświętszego Sakramentu. To samo powtarzają inni. Niektórzy przychodzili nawet nas słuchać, ale się boją. Ufamy jednak, że przy cierpliwości ten mocarz zbrojny, który strzeże domu, będzie musiał w końcu ustąpić innemu, nierównie silniejszemu, to jest Panu naszemu, Jezusowi Chrystusowi”.

Cierpliwości młody misjonarz musiał rzeczywiście wykazać dużo. Wkrótce nadeszła wyjątkowo ostra zima, podczas której odmroził nogi. Sytuacja materialna również stawała się ciężka, bo książę, zajęty wojną, zapomniał o swoich misjonarzach. Franciszek rozważał nawet nauczenie się jakiegoś zawodu, aby wzorem św. Pawła własnymi rękami zarabiać na swoje utrzymanie, na szczęście z pomocą materialną przyszła mu matka, która w tajemnicy przed ojcem posłała synowi sługę. Do tego wszystkiego dochodziły jeszcze szykany ze strony władz Thonon i zamachy na jego życie. W trakcie pierwszego z nich broń zacięła się trzykrotnie i tylko dlatego misjonarz uszedł z życiem.

Skoro mało kto chciał go słuchać, Franciszek postanowił walczyć piórem. I tak powstały pisane żywym językiem jego „Księgi kontrowersji”, w których podejmował polemikę z podstawowymi tezami protestantyzmu. Ich czytelnicy stopniowo zaczęli przychodzić do autora na rozmowy, a z czasem zgromadziło się wokół niego sporo słuchaczy. Biskup, widząc pierwsze oznaki powodzenia misji, wkrótce przysłał Franciszkowi pomocników. Oni jednak zamiast pracować z nim w jedności, zaczęli słać na niego donosy. W jednym z nich zarzucali Franciszkowi, że „przemawia do heretyków jak pastor, a nie jak ksiądz. Zapomina się tak dalece, że nazywa ich swymi braćmi, co jest istnym zgorszeniem… Zbiegają się tłumnie, by słuchać tych jego mów o braterstwie i pieściwych słów, które łechcą im uszy. Na takie zarzuty Franciszek odpowiadał: Nigdy nie wypowiedziałem ostrych słów czy zarzutów, abym tego później nie pożałował. Jeśli miałem to szczęście, że udało mi się nawrócić kilku heretyków, tom zdobył ich jedynie słodyczą. Miłość bowiem nie tylko o wiele potężniej oddziałuje na dusze niż surowość, ale jest nawet mocniejsza od najcelniejszych argumentów”.

Już po trzech latach efekty misjonarskiej służby stały się widoczne, a po dziesięciu, gdy jako biskup wizytował tę prowincję, mógł stwierdzić: „Gdyśmy przybyli do Chablais, było tu najwyżej piętnastu katolików, dziś zaś zostało najwyżej piętnastu kalwinów”.

Ósmy sakrament kaznodziei
Biskup Granier docenił działania prepozyta i zapragnął, aby ten został jego biskupem pomocniczym. Młody sufragan mimo licznych obowiązków nie porzucił jednak swojej misji kaznodziejskiej. Podczas pobytu w sprawach administracyjnych w Paryżu został poproszony o wygłoszenie nauk wielkopostnych w kaplicy królewskiej. Spotkały się one z entuzjastycznym przyjęciem – po pierwsze z powodu braku odniesień do bieżącej polityki, co w tym czasie było w Paryżu nagminne, a po drugie dlatego, że twarde zasady katolicyzmu potrafił przekazać bez ostrych słów. Komentując wystąpienia biskupa Franciszka, paryski kardynał Duperron miał powiedzieć: „Jeżeli idzie o przekonania heretyków, to przywiedźcie ich wszystkich do mnie, poradzę sobie z nimi. Ale jeśli idzie o ich nawrócenie, to zaprowadźcie ich do Franciszka Salezego”.

Pobyt w Paryżu obfitował w liczne kontakty towarzyskie i duchowe. Franciszek został m.in. spowiednikiem pani Awarie. Mężatka ta odznaczała się głębokim życiem duchowym i podejmowała liczne inicjatywy, m.in. miała swój udział w sprowadzeniu do Francji, zreformowanych przez św. Teresę z Avila, karmelitanek. W ten sposób Franciszek po raz drugi (pierwszy był kontakt z własną matką) zetknął się z głęboką duchowością kobiecą, która ujawniła się nie w życiu zakonnym, ale w małżeństwie. Sprawiło to, że jego wizja duchowości coraz bardziej uwalniała się od ówczesnych stereotypów, głoszących, jakoby życie duchowe można było prowadzić jedynie w klasztorze. Wizja ta znalazła później odzwierciedlenie w jego dziele „Filotea”, w którym napisał: „Ci, którzy dotychczas pisali o pobożności, prawie wszyscy mieli na celu pouczanie osób żyjących z dala od świata albo przynajmniej nauczali pobożności prowadzącej do takiego zupełnego odosobnienia. Ja natomiast zamierzam zwrócić się do tych, którzy żyją w miastach, wśród rodziny, na dworach, którzy z powodu obranego sposobu życia są zmuszeni do prowadzenia na zewnątrz życia całkiem zwyczajnego”.

Sława Franciszka jako dobrego spowiednika szybko zaczęła się rozszerzać, toteż rosła liczba jego penitentek. Z czasem część z nich wstąpiło do zakonu wizytek, którego założycielem, wraz z Joanną de Chantal, był właśnie Franciszek Salezy.

W 1602 roku umarł biskup Granier i 41-letni wówczas Franciszek przejął po nim obowiązki ordynariusza Genewy. Nie zamieszkał jednak w okazałym pałacu, ale wynajął w kamienicy ciasne i słabo oświetlone mieszkanie, zaś za punkt honoru przyjął wypełnienie zaleceń Soboru Trydenckiego, dotyczących zakładania seminariów diecezjalnych (co mu się nie udało z powodu braku funduszy). Niemniej sam egzaminował kandydatów do kapłaństwa i dokładał wiele starań, aby otrzymali oni należyte wykształcenie. „Powiem wam – zwykł mawiać do swoich kleryków i księży – że kapłan powinien wystrzegać się nieuctwa niemal tyle samo, co grzechu, bo przez nieuctwo nie tylko siebie naraża na zgubę, lecz poniża i zniesławia cały stan kapłański. Błagam was, najdrożsi bracia, abyście całą duszą przykładali się do nauki. Wiedza to niejako ósmy sakrament duchowieństwa, a największe klęski spadły na Kościół dlatego tylko, że arka umiejętności nie spoczywała w rękach lewitów. Herezja dlatego dokonała wśród nas takich spustoszeń, że gnuśnieliśmy w bezczynności, ograniczaliśmy się tylko do odmawiania brewiarza, nie dbając o powiększenie zasobu wiedzy. Oto powód, dla którego heretycy zarzucają nam, że do dziś jeszcze nie potrafimy zrozumieć treści Pisma Świętego w jego istotnym znaczeniu”.

Biskup Franciszek nie pozostawiał misji kaznodziejskiej tylko w rękach swoich kapłanów. Na sercu nadal leżała mu formacja religijna jego diecezjan. Dla nich zaczął osobiście prowadzić w kościele katedralnym lekcje katechizmu, na które przybywały liczne rzecze słuchaczy. Wśród nich pojawiała się jego matka, wówczas już wdowa. Na jej widok biskup zwykł mawiać: „Pani matko, zawstydzacie mnie, gdy was widuję na moich lekcjach katechizmu, bo przecież wyście mnie go nauczyli”.

Franciszek Salezy jest patronem pisarzy, poetów i dziennikarzy. Jego wspomnienie obchodzimy 24 stycznia.

Cezary Sękalski

źródło:
glos pio logo
  344 odsłon
  0 komentarze

Kalendarz bloga

Poczekaj chwilę, ponieważ właśnie szykujemy kalendarz dla Ciebie