Kocham mój Kościół Był czas, pamiętasz, Panie? W którym mogłem akceptować tylko Kościół doskonałych. Najmniejsze rozdarcie jego szaty mnie gorszyło, każdy ślad błota na niej mnie oburzał, wszelka słabość powodowała potępienie małego sędziego zagnieżdżonego w moim wnętrzu. Dziś, na szczęście, zaczynam się leczyć z tych wymagań idealistycznych. Zaczynam rozumieć, że to był Kościół moich marzeń, a nie Kościół założony przez Ciebie. Zdaję sobie z tego sprawę, nie robiąc dramatu, że Kościół objawia, ale czasem i zakrywa Boga. Twój i nasz Kościół, Panie, jest święty, ale składa się z grzeszników. Kościół przekazuje mi Twoją Ewangelię, z pewnością, lecz w opakowaniu swej mizerii. W Bogu nie ma cienia ani zmarszczki, ani plamy, zaś Twój i nasz Kościół składa się z ludzi, biednych, małych i słabych (choć udają, że są bardzo ważni). Teraz uczę się kochać i przyjmować z radością Kościół, jaki jest. Jednak wciąż się będę starał i modlił, by stawał się coraz bardziej czysty i piękny, coraz bardziej podobny do Ciebie.